Nasza historia: Moja historia

…..jedna, jedyna mama, jak gdyby nigdy nic poszła posprzątać w obejściu z nadzieją na lepsze jutro

…..jedna, jedyna mama, jak gdyby nigdy nic poszła posprzątać w obejściu z nadzieją na lepsze jutro

Pierwsze lata dzieciństwa spędzone w podwarszawskiej wsi dały mi siłę na resztę życia. Myślę, że to dzięki mamie i babce, która zawsze miała dla nas czas. Z rozrzewnieniem myślę o czasie przed wojną . Dla nas babcia i mama były wzorem do naśladowania, a my mogliśmy w każdej chwili na nie liczyć. Ja jako jedyna wnuczka babci byłam jej dumą i radością. Miałam jeszcze dwóch starszych braci , ale to ja, jako pierwsza mogłam wsiąść na jedyny w domu sprawny rower, to ja chodziłam z babcią na pobliski stragan i to mną babcia chwaliła się wszem i wobec. To były piękne czasy, bez trosk, smutku. Babcia była autorytetem we wsi. Miała poważanie, do niej przychodzili ludzie po poradę, jej zwierzali się z problemów. Była wykształconą kobietą, więc pomagała sąsiadom i znajomym pisać pisma urzędowe, załatwiała im różne ważne sprawy. Potrafiła nawet nawtykać mężczyznom, którzy źle traktowali swoje żony. Nie straszyła ich, mówiła ze spokojem, ale miała posłuch i nie było więcej awantur u sąsiadów. Chyba nawet trochę jej się bali. Babcia i mama żyły w zgodzie ze sobą, nie robiły nikomu tego, czego same by nie chciały. Dbały o wykształcenie moje i moich braci. Babcia była stanowcza. Jak przychodziły koleżanki czy koledzy w momencie kiedy odrabialiśmy lekcje zawsze ich wypraszała z domu. Mówiła, że bardzo lubi jak dom jest pełen ludzi, ale mamy dużo zajęć i nie mogą zostać, bo robi się zmrok, a przy świecach oczy się psują i nie będziemy odrabiali lekcji. Mama narzekała trochę na mojego ojca, że zawsze przyjeżdża jak kładziemy się spać i nigdy nie ma dla nas czasu. Ojciec pracował daleko, w lubelskiej cukrowni. Pracował na wadze jako wagowy i ważył buraki cukrowe. Codziennie do domu przywoził po kilka kostek cukru dla mnie i braci. My rozdawaliśmy je kolegom i sąsiadom i wspólnie je zajadaliśmy wieczorami. Łamaliśmy małe kosteczki cukru na cząstki i jedliśmy je jak cukierki. Powoli, żeby starczyło na dłużej. Moje dzieciństwo skończyło się tak naprawdę, gdy miałam 14 lat. Zmarła babcia, tatę aresztowano i wywieziono do więzienia do Białej Podlaskiej, bo nie fałszował dokumentów w cukrowni i komuś nie spodobał się. Nie mieliśmy żadnych wiadomości od niego, wiedzieliśmy od znajomych, że trafił prawdopodobnie do aresztu dla więźniów politycznych, ale z jakich przyczyn i w które miejsce tego do dziś nie wiemy. Pierwszą korespondencję jaką dostaliśmy od niego była z Majdanku, wiedzieliśmy, że żyje, że jest mu ciężko. Ale i wtedy kontakt urwał się. Nawet nie wiemy czy dostał naszą odpowiedź. Z naszej wsi do obozu w Majdanku trafiło jeszcze kilku mężczyzn. Ich żony i moja mama bardzo martwiły się o nich. Jednak pewnego razu dostaliśmy list z niemieckimi dokumentami, że tato nie żyje. To był dla nas wstrząs. Tyle czasu bez żadnych wieści, tak długi okres oczekiwania i nadziei na spotkanie, a tu taka wiadomość. Jedyną nadzieją, że tata żyje było dla nas to, że nie dostaliśmy żadnego pisma z urzędu o jego śmierci. Nie czekaliśmy długo. Przyszedł list od Niemców, że tata więzień obozu w Niemczech nie żyje. W lipcu 1944 r. przez nasz teren Rosjanie pędzili Niemców i na naszych oczach zabijali rosyjskich zdrajców, którzy uwierzyli w potęgę Niemiec wyrzekając się swojej ojczyzny. Miałam wtedy ze 16 lat i przeżyłam dramat. Siedzieliśmy w okopach, bez jedzenia, bez picia. Nie pamiętam w jaki sposób załatwialiśmy potrzeby fizjologiczne. W schronie były głównie kobiety i dzieci. Nad schronem co chwilę słychać było głosy, a to niemieckie, a to rosyjskie, a my siedzieliśmy ze strachu cicho jak myszy pod miotłą. Zwierzęta, które mieliśmy, wcześniej schowaliśmy do obory. Jednak Niemcy oborę podpalili i moja mama chcąc ratować je wyskoczyła ze schronu, ale Niemcy zobaczyli ją i krzyczeli, żeby trupy pomagała nosić. Wtedy po raz pierwszy mama wywinęła się od śmierci, bo Niemcy po podpaleniu zwłok wypuścili ja zmęczoną. Mama była uparta i drugi raz próbowała podejść do gospodarstwa, żeby ratować co się jeszcze da. Cud, że przeżyła bo szła na otwartym polu pełnym świszczących kul niemieckich i rosyjskich. Potem jak opowiadała to śmiała się, że tu kucnęła, tam podniosła nogę,tam kulę odepchnęła i udało się. Gdy ustała walka, wyszliśmy ze schronu w poszukiwaniu normalnego życia. To był najtragiczniejszy widok jaki potem widziałam w całym swoim życiu. Zgliszcza, pełno trupów, brak wody w studni, podwórko nadziane niewypałami jak dobra kasza słoniną. Z całego inwentarza, który uratował się po podpaleniu obory, została nam jedna krowa, dwie świnie i koń, który był w lesie przywiązany do drzewa. Jedna, jedyna mama jak gdyby nigdy nic poszła posprzątać w obejściu, z nadzieją na lepsze jutro...

Historia na zdjęciach

…..jedna, jedyna mama, jak gdyby nigdy nic poszła posprzątać w obejściu z nadzieją na lepsze jutro


Opinie użytkowników

Masz jakieś przemyślenia lub pytania do tej tej porady? Podziel się nimi w komentarzach!

Interesujące?

Jeżeli jesteś nauczycielem lub prowadzisz szkołę to możesz skontaktować się z autorem tej historii, aby mogła zostać zaprezentowana na lekcjach szkolnych.

Skontaktuj się z autorem historii

Ostatnio dodane

--