Nasza historia: Moja historia

Trzeba mieć na czym czapkę nosić – czyli jak wyglądał handel za komuny

Trzeba mieć na czym czapkę nosić – czyli jak wyglądał  handel za komuny

Czasów komuny nie wspominam źle. Nie powiem, że było lekko, ale miałem głowę do interesów to radziłem sobie w wielu sytuacjach. Myślę, że moje dzieci nie miały na co narzekać. Dzieci....Przykro to mówić, ale ”tamte” różnią się od „tych”. Wtedy nikt by nie pomyślał, że można siedzieć tak jak teraz, cały dzień przed telewizorem i nie wyjść na trzepak. Co prawda były dwa programy jedynka i dwójka, ale mimo wszystko dzieci rano wychodziły z domów, a wracały wieczorem na dobranockę. Czasem wpadały po coś do jedzenia, bo nawet na obiad było je ciężko zawołać. Najlepsze dla nich jedzenie to był chleb z margaryną i cukrem. Nie pamiętam, żeby dzieciaki się nudziły. Zabawek nie było w sklepach jak teraz. Córka jak dostała szmacianą lalkę na gwiazdkę to przez kolejne 5 lat się nią bawiła. Dzieci jakoś dbały o to co miały. Teraz rzadko które szanuje swoje zabawki. Pobawią się pięć minut i szybko się nudzą. Co więcej, zabawka nie może kosztować już nawet 100 zł. , bo to nie zabawka dla wielu. Teraz komputery, laptopy, telefony to jest to. Na podwórku przeważały gry w klasy, podchody. Nie można zapomnieć o ciuciubabce i zabawie w chowanego. Wszyscy bawili się w sklep, najczęściej był to warzywniak, kamienie i liście służyły im za różne produkty. Często też dzieci bawiły się w dom. Dziewczyny lubiły bawić się w ukrywanie sekretów w ziemi. Zbierały różne kwiatki, listki, robiły wgłębienia w ziemi, ukrywały te swoje skarby i przykrywały je szkiełkiem, a potem zasypywały ziemią. Miały nadzieję, że kiedyś jak ktoś będzie kopał w tym miejscu to znajdzie ich sekret. Chłopcy lubili popularną grę w kapsle. Wystarczył im wtedy kawałek kredy, żeby narysować na betonie trasę dla kapsli, albo na piasku palcem rysowali. Ubaw mieli co niemiara, a przy tym nauczyli się rywalizować. Robili coś z niczego, a dzisiaj jak nie ma komputera to nie ma niczego. Moje wnuki nie usiądą spokojnie jak nie mają telefonu w ręku. Dla mnie to jest coś niezrozumiałego, brak im wyobraźni do świetnych zabaw, oni nawet nie wiedzą co to jest trzepak i jak można się na nim bawić. W czasach komuny nie było wielu atrakcji. W telewizji pomimo dwóch kanałów każdy znalazł coś dla siebie. Więcej jednak było programów edukacyjnych, na czym również dzieci korzystały. Rodzinnie oglądaliśmy popularny jak na tamte czasy Zwierzyniec, albo piątkowy Pankracy. Kiedyś pracowałem trochę w fabryce, potem jednak poczułem mięte do handlu. Handlowałem czym się dało, trochę sprzętem do użytku domowego, trochę spożywką się zajmowałem. Wsiadałem w swoją wysłużoną Nyskę i ruszałem do NRD. Daleko nie było bo mieszkaliśmy blisko granicy. Wiadomo, jechało się nieraz na dwa, trzy samochody bo kontrole graniczne były. Ale z bratem i szwagrem dawaliśmy radę. Brat miał Zaporożca, a szwagier Zastawę to w nie pchaliśmy co się dało, wszystkie mniejsze sprzęty, jakieś środki czystości do domu itd. Ja brałem w Nyskę jedną pralkę, czasem telewizor i dla siebie kupiłem magnetowid. Ale to był szał. Kasety video z filmami i puste do nagrywania. Całymi rodzinami siedzieliśmy i wałkowaliśmy filmy od rana do wieczora. Na przejściu granicznym mieliśmy znajomego, to zawsze nam mówił co możemy przewieźć, a co nie i jak był na służbie to my jechaliśmy po towar, jak nie, to wiadomo, że nie było po co jechać, bo nikt nie zgodziłby się nas puścić z taką ilością towaru. Najgorzej było przemycić wózki dla dzieci. Mam pomysłowego szwagra. Wózki przemycaliśmy rzeką. Wiedzieliśmy, w którym miejscu jest płytka i jak już robiło się ciemno to każdy z Nas brał po jednym wózku i przechodziliśmy, zanurzeni po pas w wodzie, wózki w górze i jakoś dawało się radę. Niestety, chciało się zarobić to trzeba było kombinować. Takie czasy. Na wózkach zarabialiśmy najwięcej, największe zapotrzebowanie mieliśmy na wózki głębokie, z szybkami w budzie. Jak któraś przeszła się z takim wózkiem po wsi to była wielką Panią. Wszystkie zazdrościły i oglądały się. Pamiętam czasy jak ruscy u nas byli i mieli sklepy ze swoją żywnością i sprzętem. Ile razy musiałem udawać jednego z nich, żeby coś u nich kupić. Polakom nie bardzo chcieli coś sprzedawać. Przynajmniej na naszych terenach. Ale mi się udawało, kupowałem u nich mleko w puszkach słodzone, cukierki czekoladowe. Rarytasem była chałwa słonecznikowa też w puszce, w której zamiast pestek słonecznika były same łupinki. Jak się ją jadło to łupinki drapały w gardło, ale ludzie kupowali bo słodkie i na naszym rynku raczej niedostępne. Złote damskie zegarki na rękę szły jak świeże bułeczki, dzisiaj tandeta, wtedy szczyt marzeń każdej dziewczyny. Pierścionki i łańcuszki z tombaku i nawet złote kupowałem. Zegary ścienne były hitem. Najlepiej jeszcze, żeby miały w sobie jakieś błyskotki, kryształki, koraliki. Sztuczne futra to już była ekstrawagancja. Miała je każda żona pracownika kopalni. Sprzedawałem ich najwięcej we wrześniu i październiku, bo każda Pani musiała je ubrać na Święto Zmarłych, żeby pokazać swój status społeczny. Istna rewia mody na cmentarzu, nie ważne czy było ciepło czy zimno, futro musiało być. Sprzedawałem tego opór. Fajne to były czasy, ten co kombinował to miał. Wszystko można było załatwić, pracy nie brakowało i nawet jak było czasem ciężej to mimo wszystko ludzie jakoś mniej chorowali, byli bardziej przyjaźni i otwarci. Teraz mam wrażenie jakby każdy żył w ciągłym biegu, nie miał czasu na chwilę wspomnień i rozmów. I z pomocą i dobrym słowem też jakoś krucho.

Historia na zdjęciach

Trzeba mieć na czym czapkę nosić – czyli jak wyglądał  handel za komuny


Opinie użytkowników

Masz jakieś przemyślenia lub pytania do tej tej porady? Podziel się nimi w komentarzach!

Interesujące?

Jeżeli jesteś nauczycielem lub prowadzisz szkołę to możesz skontaktować się z autorem tej historii, aby mogła zostać zaprezentowana na lekcjach szkolnych.

Skontaktuj się z autorem historii

Ostatnio dodane

--