Nasza historia: Moja historia

Müller – esesman o dwóch twarzach

Müller – esesman o dwóch twarzach

Miałam 14 lat jak zaciągnęli mnie do pracy u jednego esesmana nazwiskiem Müller w Auschwitz. Prywatnie ten człowiek był mężem i ciepłym, kochającym ojcem. Do szaleństwa kochał te dzieciaki. Był wręcz ideałem. Jednak, gdy wychodził z domu pokazywał swoje prawdziwe „ ja „. Bardzo bałam się go. Jego głos sprawiał, że drżały mi ręce. Nie znałam niemieckiego to do mnie przeważnie nie odzywał się, wszystkie sprawy domowe załatwiała z nim jego żona. Nie miałam większego kontaktu z nią, bo jak chciała coś ode mnie to rozmawiała z gosposią i ona wszystko mi przekazywała. Zwykle była wyniosła, złośliwa, wiecznie narzekała i dość brutalnie traktowała służbę. Miałam wrażenie, że pomimo tych wad lubi mnie, bo jakoś nie poczułam jej ręki na swoim policzku. Była osobą raczej bez ambicji intelektualnych, zajęta bardziej sobą, ewentualnie spotkaniami i ploteczkami z żonami innych esesmanów. Do moich obowiązków należała opieka nad dziećmi, prace w kuchni i w ogrodzie. Czasem prałam, ale tylko wtedy jak gosposia gdzieś wyjeżdżała. Dało się to znieść, bo prace w ogrodzie dawały mi szanse na ukradkowe rozmowy z pracującymi tam więźniami. Za to nie znosiłam czyszczenia butów. I jak jeszcze mogłam to robić jeśli chodzi o buty dzieciaków, tak z obrzydzeniem czyściłam buty esesmana. Śmierdziały trupem. Jeszcze gorzej było jak przyjeżdżali goście, żeby obóz zwiedzić. Nieraz było ich z 15 osób. Ile osób tyle par cuchnących butów do czyszczenia. Nie było dnia, żebym nie zwracała. Nie mogłam uwierzyć w to, że człowiek, który w domowym zaciszu przeistaczał się w oazę cierpliwości i spokoju, poza domem był człowiekiem, który przekształcił obóz koncentracyjny w największy obóz masowej eksterminacji. Pamiętam jak więźniowie pracowali w ogrodzie. 6 arów trawy musieli ścinać nożyczkami. Na kolanach. Trawa musiała być równiutka jak na polu golfowym. Upał ze 40 stopni, oni w kombinezonach, bez jedzenia i picia. Jak alejka była wyłożona jakąś kostką, czy kamieniami, to oni w tej gorączce wydłubywali spomiędzy tego każde źdźbło trawy, która wyrosła. Na własne oczy widziałam jak kapo bije więźniów. Za źle jego zdaniem posprzątane podwórko. Nie patrzył czy bije po głowie czy po plecach. Bił do utraty pamięci. Jak szaleniec. Kiedyś ukryłam w pralni koszyk z jedzeniem dla więźniów. Takie baty dostałam, że przez tydzień nie mogłam usiąść. I to poniżenie na oczach wszystkich.. Nie mogłam się tego wyprzeć bo to było jedzenie z mojego przydziału. Żona esesmana mnie wydała, bo tylko ona wiedziała co i ile dostaję. W tym domu było tak, że co innego dostawałam ja do jedzenia, co innego więźniowie i gosposia, a jeszcze inaczej jadł esesman z żoną i dziećmi. Przydział żywieniowy miałam za pracę. I parę marek na swoje potrzeby. Müllerowie nie żyli ze sobą dobrze. Często się bili i kłócili. Czasem nawet ja wkraczałam między nich i uspokajałam, żeby dzieci nie patrzyły. Müllerowa po spotkaniach z koleżankami często wracała na „ cyku „. Jej mąż nie lubił tego, więc za każdym razem kiedy otwierałam jej drzwi, wiedziałam, że będzie bita. Ale Müller nigdy nie uderzył jej w domu. Nigdy nie zrobił tego przy żadnym z nas. Za każdym razem wyprowadzał ją do stajni i tam bił. Żeby dzieci nie widziały. Müller miał swoje żelazne zasady, od których nie odstępował. I jak jeszcze dzieci, które dawały mu wiele radości mogły sobie pozwolić niemal na wszystko, tak w stosunku dla żony i służby był stanowczy. Jak powiedział tak miało być. Czasem miałam wrażenie, że nas lepiej traktuje jak ją. Müller w domu czuł się panem. Przyjeżdżał zawsze na posiłki, które życzył sobie podawać w jadalni, na specjalnej zastawie. Obrus musiał być biały. Na stole świeże kwiaty zerwane prosto z jego ogrodu. Jeśli zobaczył, że woda w wazonie była mętna, mi się za to dostawało. Albo nie dał kolacji, albo bił. Wśród znajomych uchodził za człowieka bardzo oddanego rodzinie i dbającego o dom. W rzeczywistości tak było, ale jeśli chodzi o rodzinę to był oddany tylko dzieciom, żona jakby była na drugim planie. I choć zaczęłam pracować u nich jako młoda dziewczyna, niekiedy bardzo naiwna, to byłam bystrą obserwatorką życia rodzinnego i zasad panujących w ich domu. Nigdy też pomimo podjęcia prób o zmianie nastawienia do tej rodziny, nie przestałam dziwić się jak człowiek, który po wejściu do domu pod wpływem dzieci zmieniał się w anioła wręcz, po wyjściu był prawdziwym szatanem.

Historia na zdjęciach

Müller – esesman o dwóch twarzach


Opinie użytkowników

Masz jakieś przemyślenia lub pytania do tej tej porady? Podziel się nimi w komentarzach!

Interesujące?

Jeżeli jesteś nauczycielem lub prowadzisz szkołę to możesz skontaktować się z autorem tej historii, aby mogła zostać zaprezentowana na lekcjach szkolnych.

Skontaktuj się z autorem historii

Ostatnio dodane

--