Nasza historia: Moja historia

PGR, zagrzybione ściany i pierwszy automat

PGR, zagrzybione ściany i pierwszy automat

Urodziłam się kilka lat po wojnie, ale też w czasach, które były niespokojne. Nie dały zapomnieć o przeszłości. Wiecznie coś się w kraju działo. Jak nie stan wojenny, to wcześniej kartki na żywność, to stanie w kolejkach itd. Z perspektywy czasu wiem, że nie były to złe czasy. Ja jako osoba fizyczna nie miałam na co narzekać. Pracowałam, szczęśliwie wyszłam za mąż, miałam malutką córkę i życie jakoś szło do przodu. Czasem było z górki, czasem pod górkę, ale byliśmy zadowoleni. Mąż pracował w PG-erze, stamtąd przydzielili nam mieszkanie i tak, długo bo długo, ale urządzaliśmy je wspólnymi siłami. Wiadomo, nie było tak jak teraz, że półki w sklepach się uginały od towaru. Żeby pomalować mieszkanie to farbę i wałek to i pół roku kupowaliśmy. Mieszkanie mieliśmy zagrzybione od podłogi po sufit, wtedy nie było środków, żeby to zlikwidować. Mieszkanie było na poddaszu, od dachu dzielił nas może trzy metrowy stryszek. Dach przeciekał to go folią jakąś z PGR – u zabezpieczaliśmy bo przecież po deszczu cała woda leciała nam przez sufit. Mieliśmy tylko jeden pokój, bez łazienki bo ubikacja była na korytarzu, gotowaliśmy w niby kuchni zrobionej z kawałka pokoju. Paliliśmy drzewem z lasu, bo na węgiel nie było. W pokoju telewizor czarno biały, potem Rubina mieliśmy. Zazdrościli nam sąsiedzi, bo był kolorowy. Luksusem była pralka automatyczna. Frania na tamte czasy była już oklepana, my kupiliśmy AUTOMAT. Pamiętam jak mąż w sklepie zapytał ekspedientkę czemu taka droga, przecież on na prąd nie wyrobi bo zanim nagrzeje wody do pralki to rachunki Nas zjedzą. Nie mógł pojąć, że automat robił wszystko za niego. Ale mieliśmy ubaw z tego. Do dzisiaj to wspominamy przy okazji rodzinnych spotkań, a mąż się denerwuje. Tyle lat minęło od tego. Ale mimo wszystko żyło nam się lepiej. Byliśmy przyzwyczajeni, że takie czasy, wiele brakuje i ciężko się dorobić, ale nie narzekaliśmy. Na początek wspólnej drogi z mężem to było coś. Dzisiaj jest tak, że po wielu latach pracy nie stać mnie na wakacje. A wtedy? Wakacje nawet dwa razy w roku. Zimowe i letnie. Wszystko z pracy od męża. Zakład miał swoje domy wczasowe w różnych miejscach i tam wyjeżdżaliśmy. Wiadomo, nad morze, bo mieszkaliśmy blisko gór, to ciągnęło nas do wielkiej wody. Rok do roku spotykaliśmy tych samych znajomych. Domy wczasowe organizowały dancingi, wieczorki zapoznawcze, na których tworzyły się grupy ludzi z podobnymi zainteresowaniami. Nawet ci sami tak zwani kaowcy prowadzili imprezy, organizowali wycieczki po nadmorskich miejscowościach. Z mężem mieliśmy wspólnych znajomych ze Słupska chyba, nie pamiętam dokładnie, bardzo lubiliśmy grać w żołnierzyki. Ale to były emocje! Codziennie spędzaliśmy wieczory przy ognisku, słuchało się wtedy niezapomnianego Lata z Radiem. Ale to były czasy. Mąż miał wyjazd darmowy, z funduszu pracowniczego, ja z córką płaciliśmy grosze. Wszystko sponsorował zakład. Dzisiaj to można sobie pomarzyć. Tylko nieliczne zakłady dają dofinansowanie do wczasów, ale chyba tylko dla samego pracownika. Czy jako seniorka z niską emeryturą, mam czas na jakieś przyjemności ? Tak, czerpię radość z bycia z wnukami, przeżywam w sumie drugą młodość, bo one dają mi dużo siły i energii i cieszę się z tego co przeżyłam, co osiągnęłam i co mam.

Historia na zdjęciach

PGR, zagrzybione ściany i pierwszy automat


Opinie użytkowników

Masz jakieś przemyślenia lub pytania do tej tej porady? Podziel się nimi w komentarzach!

Interesujące?

Jeżeli jesteś nauczycielem lub prowadzisz szkołę to możesz skontaktować się z autorem tej historii, aby mogła zostać zaprezentowana na lekcjach szkolnych.

Skontaktuj się z autorem historii

Ostatnio dodane

--